Jak nakręcić film, którego nakręcić nie można.

Machete (2010) 9/10

Jak powstała Maczeta

Maczeta jest filmem niezwykłym z wielu powodów. Po pierwsze jest to film, który (podobno) powstał przez przypadek. Jak głosi legenda film powstał ponieważ domagali się tego fani. Podczas realizacji wcześniejszej produkcji Rodrigueza „Grindhouse”, w tworzenie której zaangażowany był także Quentin Tarantino, powstały dwa filmy stylizowane na kino kategorii B (czy też jak twierdzą niektórzy: kina exploitation): Death Proof i Planet Terror. Podczas wyświetlania wspomnianych produkcji postanowiono wykorzystać tradycję znaną w amerykańskim kinie od czasów powstania Kina B i wyświetlić obie produkcje naraz, pobierając opłatę jak za jeden film (w Polsce oczywiście to nie przeszło). Podczas przerwy między seansami puszczono stworzone przez reżyserów, utrzymane w podobnej stylistyce, reklamy nieistniejących filmów – jednym z nich był właśnie Maczeta. Publice tak bardzo spodobała się zapowiedź, że domagała się nakręcenie pełnometrażowego filmu, zaś pokornie wierny swym fanom Rodriquez zgodził się spełnić ich zachciankę. Wszystko pięknie, gdyby nie to, że sam Rodriquez twierdzi, że idea, aby nakręcić Maczetę, powstała dużo wcześniej, podczas innego projektu reżysera: Desperado.

„When I met Danny, I said, ‚This guy should be like the Mexican Jean-Claude Van Damme or Charles Bronson, putting out a movie every year and his name should be Machete’. So I decided to do that way back when, never got around to it until finally now. So now, of course, I want to keep going and do a feature”

Robert Rodriguez

Maczeta - plakat

Maczeta – plakat

Podobno scenariusz gotowy był już w 1993 roku. W 2006 roku, kiedy Grindhouse miał trafić do kin, Rodriquez nakręcił kilka scen Maczety i pokazał film w formie trailera nieistniejącego filmu. Zaledwie rok później ogłoszono kręcenie pełnometrażowego filmu, który początkowo miał być dodatkiem do DVD filmu Planet Terror, niedługo później przerodził się w samodzielny projekt. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że przed 2006 rokiem Maczeta już raz pojawił się na dużym ekranie – w filmie Mali Agenci. Nie wiem czy można Rodriquezowi wierzyć odnośnie tego kiedy i jak wymyślił scenariusz filmu. Podobają mi się obie wersje, nie będę dociekała, tym bardziej że nie ma to znaczenia. Jest więcej ciekawych rzeczy dotyczących tego filmu, na których warto się skupić.

Kolejnym aspektem, na który warto zwrócić uwagę, a który zarazem jest drugim powodem dla którego Maczeta jest filmem niezwykłym jest obsada. Zwróciliście uwagę? Od Danny’ego Trejo w roli tytułowego Maczety poprzez Roberta De Niro, Jessicę Albę, Stevena Seagala, Michelle Rodriguez, Jeffreya Fahey, Cheecha Marina, Donniego Johnsona czy również, ku uciesze tłumów, Lindsay Lohan. Sama obsada nie pokazuje jeszcze pełnego obrazu szaleństwa, którego dopuścił się Rodriquez. Dopiero porównanie z budżetem, który wysupłano na realizację filmu, sprawia, że sprawa robi się dużo ciekawsza. Maczetę nakręcono za, bagatela, 10,5 mln dolarów. Może nie są to grosze, ale jak na warunki hollywoodzkie – jest to raczej skromna suma. Wystarczy spojrzeć na najbardziej kasowe/popularne filmy w których grał De Niro. Analyze This – 30 mln, Goodfellas – 25 mln, New Year’s Eve – 56 mln, Limitless – 27 mln czy Little Fockers – 100 mln. Skąd więc w Maczecie ta plejada gwiazd? Podobno znani aktorzy znudzili się poważnymi filmami i na planie filmu stylizowanego na Film-B mogli sobie trochę odpocząć, wobec czego nie potrzebowali pobierać duży gaż za swoje występy. Na pewno bawili się świetnie skoro zapowiedziano już nakręcenie kolejnej części o wdzięcznym tytule: „Machete Kills”, w której u boku takich gwiazd jak Mel Gibson, Jessica Alba, Michelle Rodriguez, (podobno) Charlie Sheen, Cuba Gooding Jr. czy Antonio Banderas ma wystąpić… Lady Gaga. Postmodernistyczne szaleństwo, doprawdy.

Lady Gaga w Macheta Kills

Lady Gaga w Macheta Kills

Najciekawszym, z mojej perspektywy, i zarazem trzecim powodem dla którego Maczeta jest filmem niezwykłym jest jego treść. Rodriquez i Maniquis dokonali czegoś niesamowitego – wprowadzając komiczną, przesadzoną formę, która bardziej przypomina mało znaczący film kategorii B niż zaangażowane kino społeczne, ukazali wiele problemów z którymi borykają się Stany w związku z napływem nielegalnych imigrantów z Meksyku. Hiperbolizacja obu walczących przeciwko sobie stron pozwoliła na pokazanie mechanizmów i treści wcześniej w kinie hollywoodzkim nieznanych. A przynajmniej nie na takim poziomie.

Kontekst…

Nie jest tajemnicą, że Stanu Zjednoczone są krajem powstałym na migracji – mimo to prowadzą one bardzo restrykcyjną politykę migracyjną, szczególnie w walce z nielegalnymi imigrantami. Najbardziej widoczne jest to w prowadzonej przez dwa stany graniczące z Meksykiem: Teksasie i Arizonie, lokalnej polityce migracyjnej. Co ciekawe, mimo iż jest to kraj o stosunkowo krótkim okresie istnienia, mieszkańcy Stanów posiadają silnie zakorzenione poczucie własnej tożsamości, a naczelna zasada wolności, na której opiera się cały system Ameryki, została silnie wdrukowana w świadomość amerykanów. Wracając do Arizony warto przypomnieć, że w lipcu 2010 roku prezydent Barak Obama wygrał ze stanem Arizona doprowadzając do wykreślenia przez Sąd federalny kilku zapisów najostrzejszego stanowego prawa uderzającego w nielegalnych imigrantów. Sędzina uznała, że sprawdzanie podczas kontroli drogowej legalności pobytu, karanie za nieposiadanie przy sobie dokumentów o legalnym pobycie, stosowanie aresztu zapobiegawczego bez nakazu aresztowania czy też karanie za pomoc w znalezieniu pracy lub zatrudnianie nielegalnych imigrantów są niezgodne z zasadami prawa. Przeciwnicy zaostrzenia prawa zwracali uwagę na rasistowskie podłoże przyjętych przez stanowe władze przepisów, które mogłyby doprowadzić do sytuacji szykanowania ze względu na kolor skóry. Obama, który zaskarżył prawo stanowe, powtarzał, iż „podważa [ono] podstawowe poczucie sprawiedliwości właściwe Ameryce” – chodziło tutaj zapewne o domniemanie niewinności. W chwili obecnej w Stanach Zjednoczonych mieszka około 12 mln osób urodzonych w Meksyku. Według Department of Homeland Security w 2009 r. meksykanie stanowili 62 proc. wszystkich nielegalnych imigrantów przebywających na terytorium USA. Najczęstszym powodem migracji była poprawa warunków bytowych. 

Maczeta - Plakat

Maczeta – Plakat

O co w tym wszystkim chodzi

Nie wiem jak wy, ale ja Maczetę odebrałam jako film poruszający bardzo ważny problem. Zauważyliście, że w filmie pięknie pokazano odczłowieczanie nielegalnie przekraczających granicę oraz usprawiedliwianie zachowania agresorów, według których pilnowanie granicy, nawet kosztem mordowania ludzi, służy Ameryce? Już w pierwszych scenach filmu można zauważyć, że życie kogoś, kto nie ma obywatelstwa Stanów Zjednoczonych, niezależnie czy to jest dziecko czy ciężarna kobieta, nie mają znaczenia. Przeciwnicy migracji migrantów porównują do szkodników, karaluchów niszczących od środka wolną i liberalną Amerykę. Na wiecu wyborczym, na którym Maczeta powinien zastrzelić senatora, a na którym zostaje schwytany w pułapkę, senator powtarza swoje poglądy na temat nielegalnych imigrantów z Meksyku. Twierdzi wręcz, że istnieje wojna tocząca się pomiędzy amerykanami a nielegalnymi imigrantami, a każde nielegalne przekroczenie granicy to akt agresji wymierzony przeciwko stanowi, jest to akt terroryzmu. Mówi, że nie chce zmian, gdyż Teksas to dobrze funkcjonujący stan, stan w którym rządzi zasada wolności. Co ciekawe wolność jest tutaj rozumiana jako wolność dla obywateli Stanów nienależąca się przyjezdnym. Tylko rodowici obywatele, którzy ze względu na miejsce urodzenia i wychowania, mogą uważać się za prawdziwych amerykanów, mają prawo do korzystania z wolności jaką oferuje USA, wobec czego jasne staje się, iż nie wolność dla amerykanów nie jest kategorią uniwersalną.

Maczeta

Maczeta

Podczas wiecu pada jeszcze jedno ciekawe stwierdzenie. Senator mówi, iż pasożyty, które przyjadą do Stanów odbiorą ciężko pracującym obywatelom pracę. Można to odebrać jako pewną nielogiczność w rozumowaniu. W związku z tym, iż jest to argument padający dosyć często z ust przeciwników imigracji, nie tylko w Stanach Zjednoczonych, warto się nad nim pochylić. Zakłada on, iż osoby przyjezdne pasożytują, czyli korzystają z możliwości, które daje im system, nie dając niczego w zamian, a jednocześnie zaznacza on iż te same osoby, które rzekomo niczego nie robią odbierają pracę amerykanom. W 2005 roku opinią publiczną wstrząsnęła informacja podana przez stanowego skarbnika, iż sam Teksas zarabia rocznie dzięki pracy 1,4 mln nielegalnych imigrantów 420 mln dolarów rocznie więcej niż na nich wydaje. Okazało się, iż dotychczasowe rozumowanie amerykanów na temat pasożytniczego trybu życia imigrantów mija się z prawdą. Wątek ciężko pracujących Meksykanów poruszany jest także przez Luz, która na pytanie czy wie kim jest „Ona” odpowiada: „Ja tylko robię tacos i sprzedaję je pracownikom tego świata, by wypełnić ich brzuchy czymś innym niż nienawiść.” Obrazuje to jak bardzo pogardliwy stosunek mają obywatele Stanów wobec osób, które bez żadnego zabezpieczenia społecznego (które w USA i tak jest niewielkie) muszą radzić sobie z problemami dnia codziennego.

Maczeta - plakat

Maczeta – plakat

W filmie nielegalni imigranci z Meksyku ukazani są jako wykonujący mało prestiżowe, wymagające niewielkich lub żadnych kwalifikacji prace – ogólnie rozumiani robotnicy, ogrodnicy, ochroniarze, budowlańcy. Wyjątkiem jest Sartana Rivera, agentka urzędu imigracyjnego, która dzięki swojej ciężkiej pracy, osiągnęła coś na wzór american dream. W chwili w której Maczeta próbuje dostać się do domu Bootha udając ogrodnika. Ochroniarze nie mają początkowo wątpliwości co do tego, że przyszedł zadbać o posiadłość – jest przecież meksykaninem. Dopiero kiedy na głos wypowiadają stwierdzenie, że ludzie na ogół każdego meksykanina posiadającego narzędzia ogrodnicze wpuszczają bez słowa protestu do domu orientują się iż sami postąpili w ten sam sposób. Muszę przyznać, że bardzo podobał mi się ten manewr  do przedstawienia stereotu meksykańskiego imigranta.

Maczeta i jego kobiety

Maczeta i jego kobiety

Cała ukazana w filmie intryga ma na celu przekonanie senatora i opinii publicznej o konieczności wybudowania muru odgradzającego Meksyk od USA. Torrez, mafiozo koordynujący całą akcję postrzelenia senatora, potrzebuje tego muru w celu zwiększenia swoich zarobkówwiększa kontrola granicy oznacza większe zyski. W rzeczywistości istnieje mur pomiędzy państwami. W 2006 roku Senat USA przegłosował ustawę o budowie liczącego 1,2 tys. km muru na granicy z Meksykiem., a w roku 2008 wybudowano dodatkowe umocnienia w celu jeszcze większego uszczelnienia granic. Dodatkowo rząd USA zaplanował instalację 1,8 tysiąca kamer i detektorów ruchu w celu stworzenia „wirtualnej bariery”.

I na zakończenie

Film w zadziwiająco jasny sposób pokazuje stereotypy, na których opierają się amerykanie gdy wypowiadają się o obywatelach  Meksyku zamieszkujących ich kraj i jakie szkody może to czynić. Co z tego, że w sposób prześmiewczy, komiczny? Co z tego, że z przymrużeniem oka i ukłonem w stronę kina-B? To nie ma znaczenia, liczy się ogólne przesłanie. Gdyby ten film miał powstać na serio pewnie by nie powstał i właśnie dlatego jest tak ważny. Nie rozumiem dlaczego jest tak kiepsko oceniany, ale rozumiem, że oczekiwania co do niego były zgoła inne. Osobiście, pomijając moją wielką miłość do Rodriqueza, Tarantion i lekko wpisującego się ostatnim swoim filmem, w podobną konwencję jak wyżej wymienieni panowie: Martina McDonagha, uważam, że Maczeta jest jednym z ciekawszych filmów roku 2010.

Kto kogo oszukał najbardziej? (Po edycji)

Witness for the Prosecution (1957) 9/10

Lubię filmy, w których akcja odwraca się na końcu o 180 stopni, totalnie masakrując wszystkie „pewniaki”, które udało mi się przez cały film wymyślić. Lubię być zaskakiwana, szczególnie gdy w parze z niespodzianką idzie bardzo dobre kino – w każdym tego słowa znaczeniu. A to właśnie zapewnia seans Witness for the Prosecution z 1957 roku. Świetne kreacje Marleny Dietrich, Tyrona Powera (dla którego była to ostatnia rola, aktor zmarł podczas kręcenia kolejnego filmu) i  Charlesa Laughtona zapewniają niesamowitą rozrywkę.

Sir Wilfrid Robarts

Sir Wilfrid Robarts

O co ogólnie chodzi? Sir Wilfrid Robarts (Charles Laughton) jest schorowanym prawnikiem, który dopiero co wyszedł ze szpitala po zawale. W związku ze złym stanem zdrowia lekarze zabraniają mu brać spraw kryminalnych, gdyż mogłyby one doprowadzić do rychłej śmierci naszego bohatera. Jak to zwykle w takich chwilach bywa, do naszego adwokata trafia ciekawa, aczkolwiek lekko beznadziejna sprawa niejakiego Leonarda Vole (Tyron Power). Zostaje on oskarżony o zamordowanie pani French – starszej, zamożnej kobiety z którą oskarżony się zaprzyjaźnił. Wszystkie dowody wskazują na winę pana Vole, jego jedynym ratunkiem stają się zeznania jego oddanej żony (Marlene Dietrich). Tylko, jak wszyscy zdają sobie z tego sprawę, zeznania kochającej małżonki nie będę miały dużego wpływu na sprawę. Przekonani o głębokim uczuciu pani Vole, nie potrafią wyjść ze zdziwienia gdy ta zmienia zeznania.
Marlene Dietrich jako  Christine Vole

Marlene Dietrich jako Christine Vole

Miałam przyjemność przeczytać opowiadanie Agathy Christie, które było inspiracją dla tego filmu i muszę przyznać, że zakończenie filmu niezmiernie mnie zaskoczyło – wprowadzenie dodatkowego wątku bardzo zamieszało w całej koncepcji angielskiej mistrzyni powieści kryminalnych i bardzo zmieniło odbiór całego dzieła. Elementem kampanii promocyjnej filmu była gorąca prośba o niezdradzanie zakończenia tym, którzy go jeszcze nie widzieli, zaś tajemnica była tak dobrze strzeżona, że sami aktorzy o tym jak film się kończy dowiedzieli się dopiero w chwili kręcenia ostatnich scen. Podobno nawet na przedpremierowym pokazie zorganizowanym specjalnie dla rodziny królewskiej, oni również zostali zmuszeni do złożenia obietnicy zachowania zakończenia dla siebie. Więc jeżeli nie chcecie się dowiedzieć kto kogo oszukał i jak zakończenie filmu różni się od zakończenia opowiadania – przerwijcie lekturę, biegnijcie wypożyczyć film i – dopiero wtedy – kliknijcie czytaj dalej. Po seansie dajcie znać czy udało wam się przewidzieć ostatnie 5 minut.
Witness for the Prosecution

Witness for the Prosecution

Czytaj dalej…

Moja słabość do Jane Austen i adaptacji jej dzieł część pierwsza: Emma

Emma (2009) 9/10

Emma (1996) 7/10

Nie ma co ukrywać, że jestem wielką fanką zarówno książek Austen jak i adaptacji jej powieści. Wszystkich, bez wyjątku. Jedne  kocham bardziej inne nieco mniej, ale nie zmienia to faktu, że kocham je wszystkie – z tą moją miłością jest trochę tak jak z miłością do dzieci. Podobało mi się nawet Becoming Jane oparty na biografii pisarki, nie na którymś z jej dzieł.

Jestem świeżo po obejrzeniu czteroodcinkowego miniserialu produkcji BBC z 2009 roku, napisanego przez Sandy Welch. W postać Emmy wcieliła się przepiękna i niezwykle utalentowana Romola Garai, którą możecie kojarzyć z filmu Dirty Dancing 2. Na jej usprawiedliwienie napiszę, że dziewczyna się rozwija, co zresztą widać w serialu. Kto się skusi na obejrzenie Emmy na pewno potwierdzi moje słowa. Emma jest irytująca, momentami przekraczająca granice dobrego smaku (scena podczas pikniku), ewidentnie znudzona, przekonana o swoich racjach i ciężko znosząca krytykę, inteligentna i zadziorna, ale mimo to jest postacią, którą obdarza się ciepłym uczuciem. I tak zagrała ją Romola Garai – niewiele można byłoby dodać.

Pan Woodhouse, Emma, Knightley

Pan Woodhouse, Emma, Knightley

Postać pana Knightleya zagrał Jonny Lee Miller, którego pokochałam od pierwszego obejrzanego z nim (kilka dobrych lat temu) filmu: Trainspotting. O wielkim geniuszu tego filmu na pewno kiedyś jeszcze napiszę. Kto miał na tyle wytrwałości i samozaparcia żeby dotrzeć do 5 sezonu kultowego już serialu Dexter ten może kojarzyć go jako Jordana Chasea. Ja nie dałam rady, ledwo udało mi się przejść przez sezon czwarty (totalne zmęczenie materiału, miałam wrażenie, że twórcy sami już nie wiedzą co wymyślić, zaczęło się robić ciężko i serial stracił na polocie) wobec czego (w związku z tym, że już wiem, że gra tam Jonny) będę musiała się zmusić do obejrzenia. Jonny zagrał również w najnowszej produkcji Tima Burtona Mroczne Cienie. Ale wracając do Emmy… Jonny bardzo dobrze oddał charakter Knightleya – spokojnego, wyważone, inteligentnego, bystrego, miłego, uprzejmego i jednocześnie intrygującego przyjaciela domu Woodhouse’ów. W czwartym, ostatnim, odcinku dosyć skromnie pokazane jest uczucie, którym Knightly darzy Emmę, ale można to wybaczyć, gdyż scena w której wyznaje on swoją miłość tak trzymała mnie w napięciu (z jednoczesnym gigantycznym uśmiechem na ustach), że nie mogę mieć o nic pretensji.

Knightley

Knightley

Miller i Garai tworzą cudowną parę, to trzeba im przyznać. Patrzy się na nich niezwykle przyjemnie, jeszcze przyjemniej ogląda się bardzo wiarygodnie zagrane odkrywanie miłości do siebie nawzajem. Naprawdę, wielokrotnie podczas oglądania pojawiał się na moich ustach uśmiech. Niezwykle się wczułam podczas oglądania.

Największym i najprzyjemniejszym zaskoczeniem było dla mnie odkrycie kto wcielił się w rolę ojca Emmy, pana Woodhouse’a. Mianowicie nie zrobił tego nikt inny jak cudowny, wspaniały, niesamowity, jedyny w swoim rodzaju Michael Gambon, którego większość kinomaniaków zapewne kojarzy jako Albusa Dumbledore. Za tą rolę został nominowany do nagrody Emmy dla najlepszego aktora drugoplanowego.

Jedna z ostatnich scena

Jedna z ostatnich scena

Wyreżyserowany przez Jima O’Hanlona miniserial jest cudowny: zabawny tam, gdzie chciałam żeby był zabawny, smutny, tam gdzie powinien być smutny, romantyczny tam gdzie miał być romantyczny. Postacie świetnie zagrane, szczególnie ubawiła mnie pani Eliot, która był tak irytująca, że gdyby serial był o godzinę dłuższy zaczęłabym rzucać w telewizor jedzeniem. Z powodu głębokiej irytacji postacią oczywiście. Teraz, gdy miałam już okazję odetchnąć po seansie, uważam, że Christina Cole wykonała kawał dobrej roboty. Louise Dylan zagrała świetną Harriet – głupiutką, niepoważną, dającą się manipulować przyjaciółkę Emmy, co do której, w związku z jej zauroczeniem panem Knightlym, tracimy na sam koniec całą sympatię.

Osobiście wielką sympatią obdarzyłam pannę Bates graną przez cudowną Tamsin Greig, moją ukochaną Fran z Black Books. Jak na Tamsin przystało swoją postać obdarowała lekką dozą czegoś, co można nazwać niepoważnością.  Zagrała tak, że z jednej strony wierzy się w jej postać, a z drugiej strony ma się takie wrażenie, że ona tak nie do końca na serio to wszystko robi. Nie wiem, może to wpływ Black Books, wcale bym się nie zdziwiła, był okres, że oglądałam ten serial kilka razy w ciągu miesiąca – w całości. W każdym bądź razie postać, którą Greig stworzyła jest świetna.

Dodatkową atrakcją serialu są niesamowite widoki i cudowne wnętrza. Zdjęcia kręcono w Kent we wsi Chilham, gdzie drogi zostały specjalnie pokryte żwirem, w celu ukrycia współczesnych znaków na jezdni, a w celu jak największej eliminacji ingerencji w normalne życie mieszkańców nakręcono je w trakcie przerwy Wielkanocnej. Część zdjęć nakręcono w kościele Marii Dziewicy w Send, w Surrey – między innymi sceny ślubu i niedzielnych mszy. Ostatnim miejscem, które możemy zobaczyć w serialu to Hatfield w Hertfordshire. Wystarczy wygoolać sobie te miejsca, by zrozumieć o co mi chodzi. Miłośnicy pięknej przyrody spokojnie odnajdą się podczas oglądania Emmy.

Uwierzcie mi na słowo, jeżeli lubicie Jane Austen – musicie zobaczyć ten serial.

Emma i Knightley (1996)

Emma i Knightley (1996)

Podczas oglądania serialu nie mogłam powstrzymać się przed porównywaniem go z filmową wersją z 1996, z Gwyneth Paltrow w roli głównej. Mimo iż bardzo lubię tę aktorkę to nie przypadła mi do gustu jako Emma. Zagrała dobrze, film oglądało się przyjemnie (widziałam go siedem razy), jednak nie uważam, żeby Gwyneth była najlepszym wyborem do tej roli. Wiem, że w filmie można mniej pokazać, niż w trwającym cztery godziny serialu, jednak mimo wszystko miałam wrażenie, że czegoś mi brakuje. W filmowej wersji bardzo lubię  pana Knightleya którego zagrał Jeremy Northam oraz pana Eltona, w którego wcielił się Alan Cumming. Oboje stworzyli świetne postacie, oczywiście Northama w filmowej wersji było stanowczo za mało. Nakręcona i napisana przez Douglas McGrath Emma pozostawia wiele do życzenia. Nie zmienia to faktu oczywiście, że kocham ten film, jak już wspomniałam, miłością wielką. Ale bądźmy szczerzy – to nie jest wybitne dzieło. Co najwyżej można pokusić się o stwierdzenie, że jest to film dobry, poprawny. Szału nie ma.

Jedna z ostatnich scen (Emma 1996)

Jedna z ostatnich scen (Emma 1996)

Festiwal nudy i bezsensu czyli jak można zrobić zły film z ciekawej historii.

Marie Antoinette (2006) 5/10

Jakiś czas temu, w związku z nadmiarem wolnego czasu, postanowiłam zrobić sobie maraton filmów kostiumowych. Większość filmów, które wtedy wybrałam były przynajmniej poprawne. Poza dwoma: Elizabeth Golden Age i Maria Antonina. Po pierwszym spodziewałam się dużo ze względu na pierwszą część z 1998 roku, którą ubóstwiam, i którą mogę oglądać dosłownie kilka razy w ciągu tygodnia, ale Złoty Wiek zawiódł mnie tak, jak żaden inny film. Oglądając go czułam się głęboko nieszczęśliwa, miałam wrażenie, że ktoś mnie oszukał. Nie wiem jak można było zniszczyć tak dobrą historię tak nieudolnie pokazaną historią nawet-nie-miłosną, ale Shekharowi Kapur udało się wyreżyserować gniota dekady. W Elizabeth wszystkie postacie są dobrze i realistycznie pokazane, nie ma śmieszności, nie ma przesady. Widzimy królową, która chce być niezależna od mężczyzn i która chce być dobrym władcą, a jednocześnie jest potwornie zagubiona i obdarta z prywatności co czyni jej życie nieznośnym. W Złotym Wieku ma się poczucie, że ktoś sobie robi z nas jaja. Poczynając od tego, że wielka królowa jest przedstawiona jako niezdolna do podejmowania jakichkolwiek racjonalnych decyzji, bo się zakochała dosyć nieszczęśliwie to jeszcze cała ta historia z korsarzem, który uratował całą Anglię rozśmieszyła mnie niezmiernie. Zajechało kiepskim amerykańskim kinem katastroficznym co jest dosyć zabawne biorąc pod uwagę, że to ani nie jest kino amerykańskie ani nie katastroficzne. Widocznie komuś się coś mocno pomyliło. Rozumiem, że po sukcesie pierwszej części kogoś zaczęły swędzieć kieszenie i wywęszył łatwy zarobek, ale takie rzeczy powinny być karalne. Co ciekawe scenariusz do tego gniota napisali William Nicholson, który był jednym z trzech scenarzystów Gladiatora i Michael Hirst, który napisał scenariusz pierwszej części. Jak widać każdy ma gorsze momenty w życiu. W każdym razie nie o angielskiej królowej chciałam pisać, po prostu strasznie się zawiodłam i musiałam się uzewnętrznić, bo to pomaga radzić sobie z emocjami. Do filmów o Elżbiecie jeszcze wrócę kiedyś zapewne, bo trauma była zbyt duża żeby od tak zapomnieć.

Kirsten Dunst jako Maria Antonina i Jason Schwartzman jako Ludwik XVI

Kirsten Dunst jako Maria Antonina i Jason Schwartzman jako Ludwik XVI

Muszę przyznać, że drugi film, który zawiódł moje oczekiwania, nie wstrząsną mną tak jak Złoty Wiek ale jego przypadek wydaje mi się dużo ciekawszy. Chodzi o film Sofii Coppoli Maria Antonina z przeuroczą Kirsten Dunst w tytułowej roli. Tym razem również, jak się okazało, nie mogę polegać na opinii moich znajomych, który na filmwebie film ocenili średnio na 7,5 (pojawiła się nawet jedna 9!). Moja ocena: 5 – i tak naciągane 5. Nie chodzi o to, że filmu nie zrozumiałam, bo rozumiem go doskonale. Maria Antonina i jej szanowny małżonek Ludwik XVI zostali wychowani na swoich hermetycznych dworach, pełnych dworskiej etykiety, otrzymali raczej kiepskie (jak na swoje pochodzenie) wykształcenie i w ogóle nie nadawali się do tego, aby objąć rządy we Francji. Nie mieli pojęcia co działo się poza murami swoich pałaców, beztrosko spędzali czas na polowaniach, wydawaniu majątku, imprezowaniu i generalnie na szeroko pojętym nieróbstwu. I to chciała pokazać Sofia Coppola. Ale przedstawione zostaje to bez kontekstu, a jak wiadomo słowa są niczym, zaś kontekst jest wszystkim. Nie pokazując biedy, która miała miejsce wtedy we Francji, nie pokazując mieszkańców Francji w przeddzień rewolucji francuskiej sprawia, że film staje się dla przeciętnego odbiorcy niezrozumiały. Ktoś, kto nie pamięta wszystkich lekcji historii może mieć problem ze zrozumiem dlaczego tak dużym problemem jest to, że królowa tyle wydaje i dlaczego nazywają ją Królową Długów.

Kirsten Dunst jako Maria Antonina

Kirsten Dunst jako Maria Antonina

W filmie bardzo dobrze pokazany jest przerost formy nad treścią jeżeli chodzi o dworską etykietę. Na przykład kiedy Maria Antonina stoi rozebrana i marznie ponieważ musi pozwolić ubrać się najwyżej stojącej w hierarchii damie, a w komnacie co chwila pojawia się coraz to znamienitsza postać. Damy wobec tego ustępują sobie miejsca i kłaniają się sobie odpowiednie, a przyszła, jeszcze wtedy, królowa trzęsie się z zimna. I film tylko tym się broni – pokazaniem bezsensu dworu. Maria Antonina pokazana jest jako nostalgiczna królowa, która przez sporą część filmu ucieka na wieś aby schronić się przed dworską codziennością. Końcówka aż się prosi o jakiś szerszy komentarz, ponieważ (znowu) bez znajomości historii nie mamy pojęcia co się stało i dlaczego.

Kadr z filmu

Kadr z filmu

Podsumowując: jeżeli chcecie zobaczyć przeraźliwie nudny film o francuskiej dworskiej etykiecie i znudzonej, rozpieszczonej parze królewskiej – nie zwlekajcie i już teraz wybierzcie się do wypożyczalni DVD. Jeżeli chcielibyście zobaczyć coś ciekawego, jakiś dobry film historyczny albo (przynajmniej) biograficzny – nie fatygujcie się. Film kończy się złapaniem rodziny królewskiej – nie dowiecie się co się stało później, jak bardzo burzliwe były losy osadzonej w więzieniu królowej którą to na zmianę chciano ścinać i uniewinniać. Zawiodłam się nie z tego powodu, że jest to zły film – bo to nie jest zły film, nudny – i owszem, ale nie zły. Zawiodłam się, bo tą historię można było pokazać w kontraście do powstającego społeczeństwa francuskiego, które zbuntowało się ponieważ gdy oni umierali z głodu ich królowa wydawała majątek na bale, suknie i ozdoby nie robiąc sobie nic z nich cierpienia, którego po prostu nie rozumiała. Można to było pokazać na wiele różnych sposobów jednocześnie rozjaśniając historię. Jedyne co zostało rozjaśnione w filmie to przedstawienie, że przypisywane Marii Antoninie stwierdzenie: „Nie mają chleba? To niech jedzą ciastka!” nie jest jej. Ale to trochę za mało, jeżeli o mnie chodzi.

Bardzo słabo jak na córkę Francisa Forda Coppoli. Bardzo słabo. Nie polecam.

Podstawowe informacje:

gatunek: Biograficzny, Dramat historyczny

produkcja: Francja, Japonia, USA

premiera: 5 stycznia 2007 (Polska) 24 maja 2006 (świat)

reżyseria: Sofia Coppola

scenariusz: Sofia Coppola

Beyond reasonable doubt

Dwunastu gniewnych ludzi (1957) 10/10

Na sali sądowej sędziowie przysięgli pouczani są o ich obowiązkach względem wydania wyroku. Sędzia lekko znudzonym głosem informuje ich, że mają obowiązek wydać jednomyślny werdykt: jeżeli nie mają wątpliwości – werdykt skazujący, jeżeli jakiekolwiek wątpliwości się pojawią – werdykt uniewinniający. Powinni zdawać sobie sprawę, że decydują o życiu i śmierci człowieka – ponieważ wyrok ‚winny’ oznacza dla oskarżonego krzesło elektryczne. Po tym pouczeniu sędziowie udają się na naradę, gdzie wstępne głosowanie kończy się wynikiem 11 za winnym, 1 przeciw. Tak rozpoczyna się najlepszy dramat sądowy, który miałam przyjemność oglądać. Nakręcony w ciągu zaledwie 19 dni, z budżetem zaledwie 350 tysięcy dolarów nie ma sobie równych. Wszystkie sceny, poza pierwszą i ostatnią, nakręcone zostały w jednym pokoju i łazience, która się przy nim znajdowała. Kręcony w sposób, który miał oddawać klaustrofobiczną atmosferę pokoju, w którym sędziowie debatowali, doskonale to zrobił. Prostota tego filmu jest niezwykła. Głównymi czynnikami, które sprawiają, że nie da się oderwać wzroku od ekranu, a napięcie rośnie z każdą minutą jest niesamowita gra aktorska, świetne dialogi, mistrzowsko stworzone postacie oraz świetna praca operatora kamery. Film otrzymał 3 nominacje do Oskara, 4 nominacje do Złotego Globu, otrzymał Złotego Niedźwiedzia za najlepszy film, nagrodę BEFTA w kategorii najlepszy aktor zagraniczny (Fonda) – łącznie wygrał 12 nagród i otrzymał 9 nominacji.

Nie poznajemy imion sędziów, bo to nie o nich w tej historii chodzi. Imiona nie są ważne, chodzi o typy osobowości i przedstawiane przez postacie sposoby myślenia, które skłaniają ich do podejmowania konkretnych decyzji. Przykładowo mamy postać Przysięgłego nr 10, który opiera swoje przekonania głównie na stereotypach i dehumanizuje oskarżonego, porównując jego jak i wszystkich innych mieszkańców slumsów do dzikusów, którzy (jak przecież wszyscy doskonale wiedzą) cały czas kłamią, mają lekkość zabijania, cały czas się upijają, są pełni przemocy, nieustannie się biją, są nieczuli na krzywdę – taka ich natura, tacy się urodzili i nic tego nie zmieni. Jest wśród nich kilu dobrych ludzi, ale to są wyjątki potwierdzające regułę. Miejsce urodzenia predestynuje ich do bycia mordercami, dlatego chłopiec, który jest oskarżony o zabicie swojego ojca, musi być winny. Przysięgły nie odwołuje się do faktów i dowodów, tylko do swoich uprzedzeń. Przemówienie Przysięgłego nr 10,  jest jedną z piękniejszych scen całego filmu. Kiedy on obrzuca obelgami mieszkańców slumsów pozostali przysięgli powoli wstają od stołu i ostentacyjnie przestają słuchać, w bardzo widoczny sposób wyrażają dezaprobatę wobec tego typu poglądów. To jest moment, w którym przestaje istnieć przyzwolenie na opieranie swojej decyzji na uprzedzeniach i nienawiści. Komunikat jest jasny: przestajemy słuchać i nie dyskutujemy z kimś kto legitymizuje swoje argumenty uprzedzeniami. Przysięgły zmuszony jest odejść od stołu, dopiero wtedy pozostali wracają na swoje miejsca i dyskutują dalej. W bardzo ciekawy sposób pokazane jest jak środowisko w którym ktoś się wychował wpływa na postrzeganie go przez innych. Dodatkowo warto zauważyć, że przysięgłym łatwo było powtarzać hasła o śmieciach ze slumsów dopóki nie wiedzieli, że jeden z nich stamtąd pochodzi. Później stało się to problematyczne, a w ostateczności doprowadziło do bojkotu Przysięgłego nr 10.

Przemowa Przysięgłego nr 10 i reakcja innych sędziów

Przemowa Przysięgłego nr 10 i reakcja innych sędziów

Kolejnym typem osobowości jest Przysięgły nr 3, który do samego końca nie chce zmienić zdania na ‚niewinny’. Jest osobą niezwykle porywczą, która bardzo nie lubi się mylić. Na ogół, gdy podejmie już decyzję, nie chce jej zmieniać, mimo iż fakty wskazują że powinien. Ale nie to jest powodem jego uporu lecz jego konflikt z synem, który kilka lat temu uderzył go w twarz i którego od dwóch lat nie widział. Utożsamia się z ofiarą, porównuje swoją sytuację do sytuacji, która miała miejsce w dniu zabójstwa ofiary. Świadkowie potwierdzają, że tego dnia, kiedy ojciec oskarżonego został zabity, oskarżony pokłócił się on ze swoim ojcem, po czym został przez niego pobity. Przysięgły nr 3 tuż przed zmianą zdania drze zdjęcie swojego syna i mówi: „Te bachory. Można się dla nich zaharować.” Jest przekonany o winie syna ofiary, ponieważ żywi urazę do własnego syna. Po raz kolejny mamy do czynienia z uprzedzeniem – tym razem z przyczyn osobistych, nie ze względu na pochodzenie. Przysięgły przenosi swoją urazę ze swojego syna na oskarżonego.

Sędziowie przysięgli

Sędziowie przysięgli

Kolejnym ciekawym przypadkiem jest Przysięgły nr 7, który bardziej zainteresowanym jest meczem, na który chciałby się wybrać niż procesem. Głosuje tak jak głosuje większość, tylko po to, by móc opuścić już pokój przysięgłych i udać się tam, gdzie – według niego – powinien być. Nie robi na nim wrażenia fakt, że decyduje o czyim życiu, ważne dla niego są jego egoistyczne potrzeby, cała reszta to marnowanie czasu. On nie jest do oskarżonego uprzedzony, w ogóle zdaje się nie mieć zdania, chce tylko wykonać przykry obowiązek jakim jest powołanie na sędziego przysięgłego. Zostaje mu to wypomniane przez innych sędziów i nie robi to na nim wrażenia.

Autorem całego zamieszania jest Przysięgły nr 8, który nie jest przekonany o niewinności oskarżonego, ale nie jest również przekonany o jego winie. Mówi wprost: nie wie. Dowody, które zostały przedstawione w sądzie nie wskazują jednoznacznie na winę oskarżonego, zaś zeznania świadków można podważyć. W związku z tym odwołuje się do czegoś co w żargonie prawniczym w Stanach nazywane jest „reasonable doubt„. Reasonable doubt oznacza iż istnienie logicznych i rozsądnych wątpliwości co do winy oskarżonego powinno doprowadzić do jego uniewinnienia – zasada powinna być stosowana szczególnie w przypadkach skazywania na śmierć. Ta postać została wprowadzona po to, aby nadać akcji bieg. Początkowo jeden przeciwko jedenastu, powoli i systematycznie, używając różnych argumentów ukazuje dziury w myśleniu sędziów, zeznaniach świadków i zebranych dowodach, by ostatecznie zmienić ich zdanie. Przysięgły nr 8 nie przekonał ich o niewinności oskarżonego, lecz pokazał im, że nie mogą być pewni jego winy.

Sędziowie przysięgli

Sędziowie przysięgli

Film jest niesamowitą opowieścią o tym, jak funkcjonuje amerykański wymiar sprawiedliwości i jak wiele zależy od czynnika ludzkiego. Sędziowie wypowiadając się na początku filmu mówią, że od początku byli przekonani o winie oskarżonego. Nie opierali się na dowodach, tylko na swoich własnych przekonaniach, uprzedzeniach. Uważali, że trafiła im się łatwa, oczywista sprawa. Gdyby nie Przysięgły nr 8 skazali by człowieka, który mógł okazać się niewinny. Nie chcieli poświęcić nawet godziny na porozmawianie o sprawie, gdyż uważali że jest to strata ich cennego czasu. Bardzo niezadowoleni siedzieli zamknięci w sędziowskim pokoju i debatowali nad czymś, co ich zdaniem było tak oczywiste. Nie wzruszał ich fakt, że decydują o czyimś życiu i śmierci. To wszystko pokazane w sposób bardzo skromny, za to mistrzowsko zagrany. Polecam z całego serca!

Podstawowe informacje:

gatunek: Dramat sądowy

produkcja: USA

premiera: listopad 1959 (Polska) 10 kwietnia 1957 (świat)

reżyseria: Sidney Lumet

scenariusz: Reginald Rose

Człowiek w czerni.

Walk the Line (2005) 8/10

„Sometimes I am two people. Johnny is the nice one. Cash causes all the trouble.”

Johnny Cash

W 2005 roku, dwa lata po śmierci Johnnego premierę miał film „Spacer po linie” (Walk the Line), filmowa biografia piosenkarza. Film obejrzałam dopiero kilka miesięcy temu, głównie dlatego, że bardzo lubię Casha i bałam się czy film da radę podźwignąć taki ciężar jakim jest przedstawienie jego życia, więc odwlekałam tą chwilę tak długo, jak tylko moja ciekawość mi na to pozwoliła. Okazało się, że martwiłam się niepotrzebnie. Jaoquin Phoenix, wybrany do tej roli przez samego Casha, zagrał świetnie. Co ciekawe okazało się, że zarówno Jaoquin jak i Reese Witherspoon, wybrana do roli June Carter, potrafią świetnie śpiewać i samodzielnie śpiewali piosenki odgrywanych przez siebie artystów. Przez 6 miesięcy uczęszczali na lekcje śpiewu z producentem muzycznym T Bone Burnettem, zaś efekt końcowy jest powalający. Jednocześnie aktorzy nauczyli się grać na instrumentach, na których grali Johnny i June. W ramach poświęcenia się dla roli Jaoquin w trakcie kręcenia filmu pił gigantyczne ilości alkoholu co spowodowało jego problemy zdrowotne. Wylądował nawet na odwyku.

Johnny Cash

Film skupia się bardziej na pokazaniu historii miłosnej pomiędzy Johnnym a June Carter niż kariery muzycznej co jest pewnym minusem filmu. Po świetnym początku, gdzie pokazane jest ciężkie dzieciństwo artysty, spodziewałam się pójścia w trochę inną stronę. Ale nie zmienia to faktu, że mimo iż moje oczekiwania nie zostały spełnione, mogę spokojnie napisać, że Walk the Line jest jednym z lepszych filmów, które obejrzałam w tym roku. Phoenix świetnie zagrał alkoholowo-narkotykowy upadek Johnnego. Ciekawi mnie jak Jaoqiun zniósł presję, którą zapewne czuł podczas kręcenia. Johnny Cash to w końcu jedna z najważniejszych postaci amerykańskiego przemysłu muzycznego, klasyk wśród klasyków muzyki country, ballady kowbojskiej, gospel, spirituals, rockabilly, rocka chrześcijańskiego, southern blues, rock and rolla. Jego muzyka stała się inspiracją dla wielu młodszych artystów. Granie Johnnego to wielka odpowiedzialność i aktor musiał sobie zdawać z tego sprawę.

Walk The Line

Wielką klasę tego filmu potwierdzają otrzymane nagrody i nominacje. Reese Witherspoon dostała Oskara w kategorii najlepsza aktorka pierwszoplanowa, film otrzymał również 4 inne nominacje do tej nagrody, między innymi w kategorii najlepszy aktor pierwszoplanowy. Trzy Złote Globy w kategoriach najlepsza komedia lub musical, najlepszy aktor w komedii lub musicalu (Joaquin Phoenix) i najlepsza aktorka w komedii lub musicalu (Reese Witherspoon). Łącznie film wygrał 19 mniej lub bardziej prestiżowych nagród i otrzymał 16 nominacji w różnych kategoriach.

Joaquin Phoenix and Reece Witherspoon

Joaquin Phoenix and Reece Witherspoon

Osobiście jestem zauroczona filmem. Oglądało się go przyjemnie i lekko. Kiedy filmowy Johnny miał gorsze chwile naprawdę szczerze mu współczułam, kiedy było dobrze cieszyłam się razem z nim. Wczułam się w film w sposób prawie totalny. Bardzo dobrze zagrany, świetnie nakręcony, dodatkowo uroku dodaje mu fakt, że aktorzy naprawdę śpiewają swoje partie. Polecam każdemu, kto chce obejrzeć ciekawy i dobry film. Dla fanów Johnnego pozycja obowiązkowa!

Johnny Cash and June Carter Cash

Johnny Cash and June Carter Cash

gatunek: Biograficzny, Muzyczny

produkcja: Niemcy, USA

premiera: 17 lutego 2006 (Polska) 4 września 2005 (świat)

reżyseria: James Mangold

scenariusz: Gill Dennis, James Mangold

No shit Sherlock! Czyli o tym, jak to Hobbit nie został Władcą Pierścieni.

Hobbit: An Unexpected Journey (2012) 8/10

Szczerze powiem, że bałam się Hobbita. Nie wiedziałam czego się spodziewać, recenzje moich znajomych były raczej niezbyt pochlebne. Zewsząd można było usłyszeć głosy, że „to nie to samo co Władca Pierścieni”, że rozciągnięty i „co najmniej o godzinę za długi”, że bez sensu podzielony na trzy części, że Śródziemie jest inne niżby chcieli, że po co aż trzynaście krasnoludów. Niektórzy irytowali się nawet na to, że sanie jednego z czarodziejów ciągnęły króliki a on sam próbował ratować przez dobrych kilka minut jeża. Bo bez sensu. Potok jęków i żali do Jacksona zdawał się nie mieć końca. Dodatkowo atmosferę podgrzewał fakt, że był to najbardziej wyczekiwany film roku. Od chwili kiedy po raz pierwszy pojawiła się informacja, że ekipa weszła na plan zdjęciowy, a reżyserem zostanie jednak, mimo wcześniejszych problemów, Peter Jackson, co chwila pojawiały się jakieś newsy związane z przedsięwzięciem. Od Hobbita oczekiwano niemalże cudów po wielkim sukcesie Władcy Pierścieni. Jackson i jego ekipa jak dobry bóg kilka cudów swoim wyznawcom podrzucili. Pierwszym z nich jest wprowadzenie nowej technologii High Frame Rate – zamiast standardowego zapisu 24 klatek na sekundę mamy 48, co w języku zrozumiałym dla zwykłego śmiertelnika oznacza dużo większą dokładność zdjęć, jak największe zbliżenie się do rzeczywistości. Pomysł zdaniem krytyków okazał się chybiony. Movieline opublikował artykuł pod znaczącym tytułem: „The Science of High Frame Rates, Or: Why ‚The Hobbit’ Looks Bad At 48 FPS”, Ben Child w recenzji dla Guardiana pisze:

„Jackson has pioneeringly shot The Hobbit in HFR, or High Frame Rate: 48 frames a second, as opposed to the traditional 24, giving a much higher definition and smoother „movement” effect. But it looks uncomfortably like telly, albeit telly shot with impossibly high production values and in immersive 3D. Before you grow accustomed to this, it feels as if there has been a terrible mistake in the projection room and they are showing us the video location report from the DVD „making of” featurette, rather than the actual film.” [Cała recenzja]

Todd McCarthyz z Hollywood Reporter narzekał, że Hobbit wygląda jak:

“ultra-vivid television video, paradoxically lending the film a oddly theatrical look, especially in the cramped interior scenes in Bilbo Baggins’ home” [Cała recenzja].

James Rocchi na stronie Boxoffice.com posuwa się jeszcze dalej i pisze:

“What the 48 frame-per-second projection actually means is flat lighting, a plastic-y look, and, worst of all, a strange sped-up effect that makes perfectly normal actions — say, Martin Freeman’s Bilbo Baggins placing a napkin on his lap — look like meth-head hallucinations…” [Cala recenzja].

Krytycy zgadzają się co do tego, że w związku z tym film wygląda bardziej jak eksperyment naukowy niż sztuka. Osobiście, nie będąc krytykiem filmowym, jestem w stanie przyznać, że nie rozumiem całej tej nagonki. Początkowo film oglądało się dziwnie, ale już po kilku minutach, kiedy moje oczy przyzwyczaiły się do zmiany, zaczęłam dostrzegać piękno HFR. HFR sprawdza się głównie przy rejestrowaniu dużych przestrzeni, co dało się zauważyć w trakcie seansu, ale przy scenach, gdzie widoczny był ogrom detali również było to ciekawe doświadczenie. Zrozumiały okazał się zarzut, że film wygląda bardziej jak teatr telewizji niż to, co do tej pory rozumieliśmy pod pojęciem filmu. Ale będąc całkowicie sprawiedliwą muszę przyznać, że takie samo odczucie miałam kiedy po raz pierwszy zobaczyłam film na telewizorze LCD HD. Wtedy nie byłam w stanie odeprzeć wrażenie, że całkowicie zepsuto efekt filmu, teraz zaś nie zauważam tego w ogóle – po prostu się przyzwyczaiłam. Mam wrażenie, że to samo stanie się z nową technologią – im częściej będzie ona stosowana, tym szybciej do niej przywykniemy. A zainteresowanie jest ogromne – technologia HFR wzbudziła wielki entuzjazm między innymi Briana Stringera (twórcy serii X-Men i filmu Supermen: Powrót).

Hobbit - plakat

Jęczenie krytyków nie odstraszyło widzów, w pierwszy weekend film zarobił ponad 84,5 miliona dolarów. W samych tylko Stanach Zjednoczonych. Całkiem nieźle jak na film na który wydano 180 milionów. W chwili pisania tego tekstu według ocen ponad 25 tysięcy użytkowników Filmwebu Hobbit utrzymuje swoją ocenę powyżej 8, co jest pewnego rodzaju wyczynem. Na stronie Internet Movie Data Base podobna sytuacja, tyle że liczba głosujących znacząco większa: prawie 150 tysięcy, ocena również ponad 8. Nie oznacza to nic innego, jak tylko to, że znowu potwierdza się odwieczny problem: krytycy swoje, a ludzie swoje. Film się po prostu podoba.

Czytaj dalej…

Splatter: on FILM

My view on films as I see them. Take it, laugh, share it, leave it. Above all, enjoy!

Obserwatorium podróży

Podróże, tanie wyjazdy, góry. Recenzje książek i filmów oraz relacje ze spotkań podróżniczych.

KULTURĄ W PŁOT

To nie jest blog dla głupich ludzi

Bez Popcornu - tylko wyjątkowe kino

Recenzje i festiwale filmowe. Wyjątkowe kino.

movies_in_tens

Dziesiątki obejrzanych filmów

FILMOWE KONKRET-SŁOWO

Szymalan pisze o kinie

galeriafilmu

Just another WordPress.com site

Recenzje Spod Wiśni

Krzysiowy blog o muzyce, filmach, książkach i innych ciekawych rzeczach

Filmy, które widziałem

subiektywny blog filmowy

Oko na kulturę

Blog o kulturze i sztuce

WordPress.com

WordPress.com is the best place for your personal blog or business site.

%d blogerów lubi to: